niedziela, 23 marca 2014

Chcę widzieć.



Wierzyłam, że potrafię latać.
Beztrosko unosić nad ziemią. 
Nauczyliście mnie spadać.
Oddałam władzę wyrzeczeniom.
Podcięliście skrzydła, boleśnie.
Pozbawiliście wszelkich złudzeń.
Przepraszając nieco za wcześnie. 
Unikając zbędnych powtórzeń.

Marzenia obróciliście w pył.

Mój Gwiezdny Statku Świadomości!
Wciągnij kotwicę, od portu odbij. 
Płyń wzdłuż zrujnowanych posiadłości.
Coś... coś błyszczy jakby w oddali.
Na iluzorycznym, niebieskim sklepieniu.
Ulotne podniecenie w gardło pali.
Jest sam, samiutki. W odosobnieniu. 
Spróbuj! Złówmy ten księżyc świetlisty.
Zapomnijmy o umysłu ruinach.
O ograniczeniach zawsze parzystych.
Niech nas zamroczy jak od wina.
Byśmy na nowo mogli spojrzeć.
Spojrzeć i zobaczyć. 
Wyciągnąć dłoń, mieć chęć.
Podświadomość wypaczyć. 

Chcę wreszcie widzieć. 

sobota, 15 marca 2014

Wódka.




"Poloneza czas zacząć, Podkomorzy rusza
I z lekka zarzuciwszy wyloty kontusza..."
Przez Pana Tadeusza, Mickiewicz mnie porusza.

Złapałem więc Zosienkę, tłumacząc: Adam zmusza!
Uniosłem pannę nad ziemię - pokonała tusza.
Poległem... Lico jej zapłonęło niczym róża.
Chcąc przykryć temat prędko Finlandię podbiliśmy.
Poczułem smaczek władzy, gdy po broń ruszyliśmy. 
Inni się poddali widząc, że mnie przełyk pali.
Krzyczałem jakby z oddali: Jesteście śmiesznie mali!
W tańcu wyborowym poleciały wielkie głowy.
Rewolucja! Dźwięk złowieszczy! Nadszedł czas odnowy.
Zdetronizowałem - sam jak palec - Sobieskiego.
I usadziłem na tronie monarchę nowego.
Siebie. Bo kogo? Przecie Belweder zagarnąłem. 
Veni, vidi, vici... przybyłem i... cześć i czołem.
Ruszam po żubry w luksusie i plusie z dąbrową.
Zawisza, Chopin dołączyli w tę noc... tę noc... ową.
Tylko... kurwa... co się dzieje z moją głową...?!

czwartek, 13 marca 2014

Dla zainteresowanych.


O ile nie chce się Wam sprawdzać, co chwilę, czy coś tam nowego mój poroniony umysł nie stworzył, to daje Wam radosne ułatwienie: https://www.facebook.com/pannalisette.

Możecie kliknąć "lubię to!" i dzięki temu będziecie informowani na bieżąco o nowościach. 

Ogółem, dzięki za wsparcie. (;

Imaginarium.






"Tylko wariaci są coś warci", chyba.
Tak szepnął tata Alicji przed jej snem.
Choć biały król na mnie nie czeka, bywa.
A kapelusznika wciąż nie widać, wiem.
To gdy zamknę oczy wnet coś ożywa.
Zanurzam się w fantastyce niczym Lem.
Świat dziwnych istot, mych imaginacji.
Normalny człowiek dostałby fiksacji. 

wtorek, 11 marca 2014

Chcę wyjść.




"Głupia dziwka", z ust twoich padły słowa.
Przylgnęły do skóry niczym lepka maź.

Zadały nieznośny ból, to ich zmowa.
Niosły zniszczenie, bym na dno mogła spaść.
"Kurwa mać!", krzyczysz wciąż. Wszystko od nowa.
Uszy przestały prawidłowo działać.

Oczy zamykam, mdławy zapach czuję.
Nóż przemówił w mych rękach. Nie żałuję.

Za brak zaufania tylko współczuję.

Odrywam resztki sadystycznych słówek.
Przy wtórze jęków posoką maluję.
Pokrywam ściany z morderczych pobudek.
Oczyszczenia, nirwany potrzebuję.
Chcę poczuć spokój jak życia odludek.
Babrać się w samotności, po prostu wyjść.

Zamknięte... Mogę jedynie z żalu wyć.


Wyobraźnia spłatała figla, jesteś.
Dokładnie tam gdzie stałeś nazywając mnie "głupią dziwką". 

niedziela, 9 marca 2014

(Nie)Opuszczaj mnie.






Wydrążyłem w czaszce dziury głębokie,
By wyzbyć się wszystkich wspomnień o Tobie.
Potok mych myśli przepłynął, więc bokiem,
Będąc z alter ego w złośliwej zmowie.
Przebrnąłem szaleńczo góry wysokie
Czekając aż ktoś TO słowo wypowie.
Cisza - Sadystka. Zniszczyła iluzję.
Nienawiści śmierć szybką dziś wywróżę.

niedziela, 16 lutego 2014

Bajka.



Płakałaś, gdy szarpałem Cię za warkocze.
Dziś składam do grobu Twe ciało urocze.
Milczałaś, mój nóż władał mową.
Dziś ceremonia istną odnową.
Życie, krótki rozdział. Do zobaczenia.
Bajka bez końca, percepcję odmienia?

Był sobie mały ludzik z papieru.
Nie miał przyjaciół zbyt wielu.
Nożyczki ludzika zniszczyły.
Palce dziewczynki odnowiły.
Woda papier zmoczyła.
Dziewczynka papier wysuszyła.
Ciągnęła się bajka bez końca.
Nie widzisz początku, nie ujrzysz i końca.
Zaśnij już prędko, zamknij swe ślepia.
Czas, czas przez palce zbyt szybko przecieka.

Nie otwieraj oczu, on tego nie lubi.
Każdy ruch, każde słowo Cię zgubi...

piątek, 14 lutego 2014

(Nie)Wola.



Wolność słowa - krzyczą głupcy.
Wolna wola - akt rozpusty.
Wolna, Wolny, Wolność - słyszysz.
Zużyty wyraz ledwo dyszy.
Agonalny podryg, śmierć absolutna.
Wolność - kwestia odwiecznie złudna.


piątek, 31 stycznia 2014

A gdyby tak...



A gdyby tak zmartwychwstać zimą?
Byłoby to z zimy kpiną?
Łapać płatki śniegu w usta.
Odrodzić się. Jawna rozpusta.
Skoczyć w zaspę, zanurkować.
Zamknąć oczy, nie żałować.
W tańcu śnieżnym wirować.
Sople smakować, zacząć od nowa.
Krzyczeć, wrzeszczeć, żyć.
W zmarzniętej ziemi butem ryć.
Tworzyć sylwetki aniołów.
Czy skrzydlatych stworów.

A gdyby tak zmartwychwstać wiosną?
Spoglądać jak kwiatuszki rosną.
Podążyć tropem leśnych zwierząt.
Iść, ciągle iść, pod prąd.
Czerpać radość z odnowy natury.
Zacząć od początku. Po raz wtóry.
Odejść od narzuconych schematów.
Zabić myślą ciemiężycieli, katów.

A gdyby tak zmartwychwstać latem?
Bawić się w berka z wiatrem.
Zrywać garściami pęki kwiatów.
Nie odczuwać bezsilności, strachu.
Dać się niebu omotać.
Do chmur rękami trzepotać.
Co noc mrugające gwiazdki podziwiać.
W krainę marzeń z księżycem odpływać.
Rozpocząć od nowa.
Świata, natury, myśli zmowa.

A gdyby tak zmartwychwstać jesienią?
Krople deszczu koncepcje odmienią.
Bez namysłu w kałużę skoczyć.
Do przesady buty zamoczyć.
Odrzucić parasol, kaptur, czy wizje czapki.
Spadną z oczu monochromatyzmu klapki.
Poczuć wolności smak.
Robiąc wszystko na opak.

A gdyby tak...

Zmartwychwstać dziś?


poniedziałek, 27 stycznia 2014

I znów.




Znów próżnia mnie pożera,
ciemności gmach otwiera.
Słyszę: Miłości wcale nie ma.
Pusty wzrok presję wywiera.
Nie zaprzeczę - mnie nie spotkała.
Robiąc krok w przód, znikała.
Władcza, piękna Pani - Miłość.
Dopadł brak wiary, emocji zawiłość.
Brak wiary spowodował...
...że tak trudno odnaleźć sensowne słowa...
I topię swe smutki,
papieros do szklanki wódki.
I długie spacery w mroku
dążące do wspomnień potoku.
Ciemności stwór, wewnętrzny błazen.
Sen na jawie, ciągłość porażek.
Ironia - pozorna maska wrażliwości.
Stawiam mury, otoczkę trudności.
Wszystko, by nie zaznać ponownej przykrości.
Z dnia na dzień piętrzącej fali uczuciowych mdłości.
Brak klucza do drzwi, klucz przepadł.
Brak kompasu na drogę, kompas spadł.
Rozbity, wykrzywiony w niemym rozpaczy geście.
Pragnie być, pragnie trwać nareszcie.
Brak choćby mapy, mapa rozdarta.
Została jedynie pusta, brudna karta.
Ludzie kartę zdeptali, opluli, wymięli.
Nie uchronisz się od homo - ciemiężycieli.
Czuję się jak pajac, pierdolony frustrat,
któremu ból zatyka znów usta.
Odchodzę, mocno powieki zaciskam.
Nie poddam się im, na pewno nie Tam.
Choć otwarta brama otchłani...
Obojętnością, apatią zmysły mami.
Łzy słone przełykam z trudnością
walcząc z tak zwaną "wolnością".
Zimne powietrze smaga policzki.
Wizja - pusta przestrzeń, stryczki.
Krzyczę - to liny uplecione z mych myśli.
Krzyczę - to berek, z czasem wyścig.
Milczę, gdy zakładają sznur na szyję.
Przez ułamek sekundy czuję, że żyję.
Miłość, złudna Pani, przebiegła tuż obok.
Miałam wybór: ucieczkę, bądź skok.
Moment wahania do rzeczywistości przywraca,
powodując przytłaczającego, moralnego kaca.
Ubieram kaptur, schodzę z ulicy.
Powracam do mentalnej dziczy.
Wierzę, że przyjdzie ten dobry czas.
Póki co, wrzeszczę: Pierdolę WASZ świat.
Romantyczka z Realistką się we mnie kłóci.
Ciekawe... która którą wreszcie zadusi...